Oswajanie miecza

Opublikowane: 15 marca 2019

Przecież to nie pies – powiedziała moja Matka Chrzestna, patrząc jak owijam go pomału w jedwabny pokrowiec i ustawiam na kake.
– Nie cackaj się tak. To tylko miecz.
– Ciociu kochana, chyba nic nie rozumiesz – pomyślałam sobie, bo raczej nie starczyłoby mi odwagi, żeby powiedzieć to na głos. 
– Gdybyś miała psa, to na spacer bym z nim poszła – dodała Ciocia po chwili.
– Możesz wziąć na spacer mój miecz – odparłam. – Wzbudzisz podobną sensację jak w przypadku, gdybyś przeszła przez rynek z groźnym buldogiem, bez smyczy i kagańca. W dawnych czasach, gdy rycerstwo wychodziło „na miasto” ze swoim mieczem, musiało umieć się z nim poruszać, aby nie sprowokować niepotrzebnych potyczek. Teraz Cioci byłoby zdecydowanie łatwiej.
Ciocia jeszcze chwilę pokręciła się po mieszkaniu i wychodząc na zakupy, rzuciła zdawkowe:
– Nie rozumiem dlaczego traktujesz go z takim szacunkiem. Przecież to tylko przedmiot, podobnie jak ten biały wazonik, który stoi obok.
Wyszła. Zamknęła za sobą drzwi. Zrobiło się cicho. Usiadłam na łóżku i zamyśliłam się. Obiecałam sobie, że jak tylko wróci ze sklepu, zrobię jej moją ulubioną herbatę o nazwie „Łzy smoka” i opowiem najlepiej jak potrafię, czym jest dzisiaj miecz dla ćwiczącego iaido oraz czym był kiedyś dla prawdziwego samuraja.

Wróciła po dwóch godzinach. Miałam więc trochę czasu, żeby znaleźć właściwe słowa, którymi wciągnę ją w moją opowieść o samurajskim mieczu. Zaczęłam tak: Ciociu, słynny szogun Tokugawa Ieyasu, napisał w swoim testamencie następujące słowa: Miecz jest duszą samuraja, jeżeli kto o nim zapomni lub go utraci nie będzie mu to wybaczone. Wiesz, że już nawet nauczyłam się wymawiać to zdanie po japońsku? Katana wa bushi no tamanashi. Odkąd pierwszy raz je przeczytałam, poczułam odpowiedzialność za mój miecz. Chociaż to tylko iaito, czyli nieostry miecz do treningów współczesnej odmiany szermierki samurajskiej (ogólnie rzecz ujmując). Jest on w miarę wierną repliką katany, czyli ostrej szabli, którą posługiwali się samurajowie. Kupiłam go sobie w grudniu, na wyprzedaży w esklepie z akcesoriami do sztuk walki. Jeszcze wtedy nie trenowałam iaido. Zamiast pójść na pierwsze treningi, aby zobaczyć o co w tym chodzi, postanowiłam, że najpierw kupię miecz, żebym miała czym ćwiczyć. A poza tym, była duża wyprzedaż, więc nie mogłam przegapić takiej okazji. Nie czekałam na niego zbyt długo. Po tygodniu zadzwonił „znajomy” kurier, że ma dla mnie przesyłkę. Rzucił szybko do słuchawki: – Paczka jest długa, zamówiła Pani karnisze? – Tak, odparłam – karnisze z Japonii. Gdy tylko odebrałam przesyłkę, zamknęłam drzwi i poszłam do sypialni. Mam taki zwyczaj, że wszystkie paczki rozpakowuję siedząc na łóżku. Czułam się jak przed otwarciem prezentu. Usiadłam wygodnie i postawiłam sobie karton na kolanach. Przecięłam pierwsze taśmy, zdjęłam folie. Otworzyłam karton, a w środku był… kolejny karton. Elegancki, czarny. Otworzyłam go. Najpierw zobaczyłam fioletowy jedwabny pokrowiec, do którego włożony był miecz. Zaczęłam pomału zsuwać pokrowiec. Pierwszy widok to rękojeść. Wspaniały oplot, w soczystym fioletowym kolorze. Następnie lakierowana czarna saya, czyli pochwa miecza. Odłożyłam pokrowiec na bok. Trzymałam w rękach „samurajski miecz”. Patrzyłam na niego jeszcze przez chwilę. Jakoś tak serce zabiło mi mocniej, gdy złapałam za rękojeść i wysunęłam ostrze z saya. Jesteś piękny! – powiedziałam na głos. Zrobiłam nim kilka cięć w powietrzu. W zasadzie to machnięć, bo o cięciach nie miałam wtedy pojęcia. Ręce, nieprzyzwyczajone do miecza, już po chwili czuły jego wagę. Będzie mi ciężko z Tobą zapanować – dodałam w myślach. Nadal patrzyłam na niego jak zahipnotyzowana, powtarzając sobie: Mój pierwszy miecz! Mój pierwszy miecz!. Położyłam go na białym satynowym prześcieradle. Długie ostrze błyskało złowrogo w świetle lampy. Patrząc na niego, zadałam sobie jeszcze pytanie, czy na pewno dobrze robię, chcąc ćwiczyć szermierkę? Opanować władanie takim mieczem, to będzie nie lada sztuka. Zajmie mi to pewnie dużo czasu. Im dłużej na niego patrzyłam, tym większe dopadały mnie wątpliwości. Pocieszyłam się jednak myślą, że był w promocji, więc wydane pieniądze to żadna inwestycja. W razie jak nic z tego nie wyjdzie, to będzie mieczem ozdobnym, który stanie na komodzie, aby mi przypominać, że łatwo podejmuje się decyzje, czasem nawet zbyt impulsywnie, ale trudno w nich wytrwać. Będę mieć nauczkę. Zacznę chodzić na treningi i zobaczę co z tego wyjdzie. Skoro mam już miecz, to tym samym nie mam wymówki. Już na pierwszym treningu zrozumiałam, że samo wkładanie miecza do saya i wyciąganie to trudna sprawa. Okazało się, że najłatwiej było go wyciągnąć z kartonu. Po kilku pierwszych treningach byłam zdruzgotana. Nic mi nie szło. Nienawidziłam tego miecza, bo uważałam, że był źródłem mojej porażki na sali. Nie dawałam sobie czasu na to, aby go lepiej poznać. Od razu chciałam wszystko umieć. Sensei poradził mi, że młodzi adepci iaido zaczynają od drewnianego miecza. Kupiłam więc bokken i trenowałam z nim. Był tej samej długości, ale o połowę lżejszy. W głębi serca zazdrościłam tym, którzy trenowali z iaito. Przyjemnie się to oglądało. Po każdym treningu, wyciągałam miecz z kartonu, kładłam na łóżko i patrzyłam co się zmieniło. We mnie? W nim? Nic. Nadal był ciężki. Po 3 miesiącach trenowania miałam wrażenie, że jest jeszcze cięższy niż w dniu, kiedy zobaczyłam go pierwszy raz. Wykonywanie nim cięć powodowało ból w barkach. Czemu ciągle wydawał mi się obcy i niedostępny? Zastanawiałam się czego mi w nim brakuje, co sprawia, że nie potrafię się przełamać? Znowu chowałam go do pudełka, które wsuwałam pod łóżko. Brałam bokken i jechałam na trening. Pewnego dnia, po krótkiej rozmowie z Sensei, olśniło mnie. Miecz powinien mieć imię. Może powinnam go jakoś nazwać, to wtedy łatwiej nawiążemy „nić porozumienia”. W końcu piloci też nadają imiona swoim F-16. Może tak jest im łatwiej się z nimi oswoić? Nasi praprzodkowie również wierzyli, że gdy poznamy nazwę jakiejś rzeczy, to będziemy w stanie ją posiąść. I tak kolejny miesiąc spędziłam na poszukiwaniu właściwego imienia. Kombinowałam z różnymi japońskimi słowami, ale nic mi nie pasowało. Wtedy Sensei podpowiedział, żebym sprawdziła czy miecz przypadkiem nie ma już imienia. Jeśli mam jeszcze karton i kartkę z zamówieniem, to tam gdzieś na pewno będzie nazwa mojego miecza. I faktycznie była. Yagyu – tak ma na imię mój miecz. „Wujek Google” wyświetlił mi informację, że nazwa ta pochodzi od słynnego japońskiego rodu szermierzy, którzy uczyli fechtunku m.in. shoguna Tokugawę. Przez wieki uchodzili za najlepszych w całej Japonii. Stworzyli nawet własną szkołę Yagyu Shinkage Ryu – Styl Nowego Cienia. Dzielili się w niej technikami, z których słynął niepokonany ród Yagyu. Jako jedna z nielicznych rodzinnych szkół, przetrwała do dziś i jest znana na całym świecie.
Popatrzyłam na miecz. – Witaj Yagyu! Masz dumne imię wielkiego rodu szermierzy. Masz imię! Oswoiłeś mnie! Teraz ja oswoję Ciebie poprzez wielogodzinne treningi. Od tej pory nie mogę już trzymać Cię w kartonie pod łóżkiem. Musisz mieć swoje miejsce w moim domu. Złożyłam więc drewniane kake, czyli specjalny stojak na miecz. Ustawiłam je na komodzie w sypialni i umieściłam na nim Yagyu. Biorąc go do ręki poczułam, że … zrobił się o połowę lżejszy. Bez ciężaru moich myśli, ważył teraz dokładnie tyle, ile było napisane na zamówieniu.

– Ciociu, Yagyu nie jest moją duszą, bo i ja nie jestem samurajem. Chcę być za to dobrym iaidoką. Szanuję mój miecz, ponieważ spędzam z nim dużo czasu. Pomaga mi rzeźbić mentalną siłę. Każdy powinien dbać o to, co jest dla niego ważne. Antoine de Saint Exupery napisał w „Małym Księciu”, że: na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś. Teraz już pewnie rozumiesz dlaczego tak o niego dbam.

Brak komentarzy

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *